Artykuł

Czesław Żukowski. Fot. archiwum Czesława Żukowskiego

Czesław Żukowski. Fot. archiwum Czesława Żukowskiego

Czesław Żukowski: Przyszedł do nas do szatni ze skrzynką piwa i poprosił o niski wymiar kary

23.10.20 09:19   kot   5  

Z okazji 75. urodzin Stomilu nasza redakcja nagrała Hyde Park. Kyniu rozmawiał niedawno z Czesławem Żukowskim, byłym pomocnikiem i trenerem Dumy Warmii.

W tym roku świętujemy 75-lecie Stomilu, a pan jest kojarzony z jego największymi sukcesami, czyli awansem do ekstraklasy.
- To były fajne chwile. Do Stomilu trafiłem - jak dobrze pamiętam - w 1990 r., a to były takie czasy, że można było wtedy, grając w piłkę, odbywać służbę wojskową. Kilku innych chłopaków, którzy tu grali, także w ten sposób odbywali tę zaszczytną służbę wojskową. Trafiłem do Stomilu z Pogoni Łapy. Udało nam się awansować do II ligi, na drugi poziom rozgrywkowy. Trafiłem wtedy na fajny okres dla klubu, chyba jego najlepszy w historii, gdy wywalczyliśmy awans do I ligi.

To był duży przeskok dla pana? Z Pogoni Łapy do Stomilu.
- Tak, nie oszukujmy się, Stomil wtedy spadł z II ligi, były bodajże 4 grupy 20-zespołowe III ligi. Dla mnie na pewno był to rozwój, inna kultura gry, inni zawodnicy, na dużo wyższym poziomie. Nie były to proste rzeczy, że przyszedłem do Stomilu i byłem pierwszoplanową postacią. Musiałem bić się o swoje, walczyć o pozycję na boku pomocy, żeby się przebić do pierwszego składu, co z biegiem czasu nastąpiło.

Zawsze gdy z wami rozmawiamy, to zawsze przewija się ten sam temat, że ważna u was była szatnia, w której czuliście się jak u siebie w domu. Kto pana wprowadzał do tej szatni?
- Od początku czułem się świetnie. Panowała super atmosfera, brylował zawsze śp. Andrzej Biedrzycki, kumplowałem się z Waldkiem Ząbeckim, Leszkiem Browarskim, Pawłem Charbickim, Wojtkiem Tarnowskim i mógłbym wymieniać jeszcze wielu innych. To był młody zespół i wszyscy trzymaliśmy się razem. Ze starszych zawodników byli Marian Mierzejewski, Bogdan Michalewski... Szybko się tutaj przystosowałem, co z pewnością pozytywnie odbiło się na mojej grze.

Jak pan wspomina sezon 93/94? Tam nie do końca było wiadomo, czy będziecie walczyć o awans i czy będziecie chcieli o niego walczyć, bo to był taki rwany sezon.
- Tak, po poprzednim sezonie, w którym zajęliśmy 5. miejsce, otarliśmy się o czołówkę, mieliśmy dobry skład i graliśmy fajną piłkę. O ile dobrze pamiętam, sezon rozpoczynaliśmy z trenerem Dawidczyńskim, trener Bobo Kaczmarek odszedł do Zawiszy. To wszystko fajnie zagrało, wszedł sponsor Piotr Wieczorek, który uregulował sprawy finansowe, fajnie rozpoczęliśmy ten sezon i potem to dzieło zwieńczył trener Bobo Kaczmarek. Przed sezonem wcale w planach nie mieliśmy awansu, ale potem to się zrodziło w miarę naszej dobrej gry. Po pierwszej rundzie cel był już jasny. Wtedy wchodziły dwie drużyny do I ligi.

Z tego sezonu zapamiętał pan jakiś mecz czy już te wspomnienia się zatarły?
- W tamtym sezonie mieliśmy już swoją markę. W decydujących meczach walczyliśmy z Radomiakiem, który dostał wzmocnienie od spadów z Legii, m.in. dołączył do nich Dariusz Czykier. Wygraliśmy z nimi 1:0 na własnym boisku i ten mecz mocno nas przybliżył do awansu. Na początku meczu miałem swój udział, gdy po rzucie wolnym Andrzej Jankowski głową strzelił gola. To była chyba 1. minuta meczu. Potem mogliśmy podwyższyć wynik, bo Paweł Róg miał dobrą sytuację, ale dowieźliśmy to skromne i zasłużone prowadzenie. Był też mecz z Motorem Lublin, również walczącym o awans. Bohaterem tamtego meczu był Andrzej Jasiński, który wszedł za kontuzjowanego Jasia Prucheńskiego. Też miałem wtedy swój udział, bo Andrzej te bramki strzelił po moich dośrodkowaniach po rzutach rożnych. To były chyba kluczowe mecze. Awans przypieczętowaliśmy jeszcze w meczu z Okocimskim. Śmieszna historia: trenerem był chyba Rosjan, w każdym razie ze wschodu, przed meczem przyszedł do nas do szatni ze skrzynką piwa i poprosił o niski wymiar kary i rzeczywiście wygraliśmy wtedy tylko 2:0 (śmiech).

Za ten awans dostaliście pół malucha. Z kim pan się dzielił tym maluchem?
- Tak do końca po pół samochodu nie było, bo były przeliczenia minutowe, więc trzeba było inaczej się rozliczyć, bo dla wszystkich maluchów nie było, ale zostało to oczywiście sprawiedliwie podzielone. U nas nie było z tym problemów. Było biednie, ale godnie. Nie kłóciliśmy się o jakieś złotówki. Miałem maluszka z Piotrkiem Zajączkowskim i zapłaciłem mu za jego część, a maluszek został ze mną.

Długo pan nim jeździł?
- Tak, długo nim jeździłem, ale żeby było ciekawiej, to mi go skradziono. Poszedł spod bloku. Mieszkałem na Dworcowej, to było lato i z wtedy moją narzeczoną mieliśmy jechać na plażę, wychodzimy... i nie ma malucha. Był ubezpieczony, ale i tak poszedł w czyjeś ręce.

W pierwszych dwóch sezonach w ekstraklasie był pan podstawowym zawodnikiem. W trzecim - tylko 1 mecz.
- Super przeżycie. W okresie przygotowawczym graliśmy z kadrą PZPN-u, później inauguracja z Zagłębiem Lubin 2:2. Kultowy był mecz z Legią Warszawa 3:3, z drużyną złożoną z samych gwiazd, które grały w Lidze Mistrzów i w reprezentacji. To była możliwość mierzenia się z najlepszymi piłkarzami w Polsce, jednak nie czułem się od nich gorszy.

Pierwszy sezon przyciągał niesamowitą liczbę ludzi...
- Publikę mieliśmy super, stadion wypełniony był także w sezonie, gdy robiliśmy awans. Przyjeżdżaliśmy na stadion półtorej godziny przed meczem i już wtedy kilka tysięcy ludzi było na trybunach. Czuć było tę atmosferę. Na meczu z Legią 15 tys. ludzi. Był świetny doping, nawet teraz, gdy o tym mówię, to przechodzi mnie taki dreszczyk. Stadion do teraz niewiele się zmienił, ale murawa już tak. Ona miała swoją specyfikę: jesienią było bardzo grząsko. Kibice na pewno pamiętają wiele dobrych spotkań. Nawet taki mecz z Petrochemią, gdy jeszcze walczyliśmy o awans, a poczęstowano nas dwiema żółtymi kartkami, my walczyliśmy mocno i w pewnym momencie byliśmy bardzo blisko remisu, gdy w dziewięciu zdobyliśmy kontaktową bramkę, i nawet wtedy kibice nas docenili mimo porażki, bo na koniec padliśmy i dostaliśmy 1:4, ale kibice na stojąco pożegnali nas brawami za ambicję, że w 9 nawiązaliśmy równorzędną walkę.

I ten nieszczęsny sezon 97/98 i pana króciutki epizod w meczu z Sokołem Tychy. Później pan na boisko nie wszedł. Co się wydarzyło, że został pan odsunięty od składu?
- Z perspektywy czasu tak tego nie oceniam. Każda historia kiedyś się kończy. Zawsze jest trochę rozgoryczenia. Po dwóch sezonach następowało przebudowywanie składu, inna była polityka kadrowa i transferowa. Nie chcę oceniać, czy słuszna, czy niesłuszna, po prostu była taka, a nie inna. Drużyna, która wywalczyła awans, w pierwszych dwóch sezonach się rozpadała. Miejscowi piłkarze byli stopniowo odsuwani od kadry zespołu. Fajną rzeczą jest to, że miałem udział w pięknej części historii Stomilu. Nikt nam tego nie zabierze, bo to był historyczny awans. Cały czas dobrze życzę Stomilowi i mu kibicuję i utożsamiam się z nim w każdym momencie. Wszyscy gdy się spotykamy, to zawsze o tym rozmawiamy i bardzo bym chciał przyjść jeszcze na Stomil grający w ekstraklasie na nowym stadionie.

Szybciej chyba będzie awans niż nowy stadion.
- Jeśli będzie awans, to powinien powstać nowy stadion, chociaż stopniowo. Pamiętam makietę nowego stadionu jeszcze z moich czasów. To trwa z roku na rok, ale może wymogi licencyjne sprawią, że to nastąpi. Przyda się i nowa hala, i nowy stadion w Olsztynie.

Tagi: Stomil Olsztyn, Czesław Żukowski


Komentarze

  1. 23.10.20 13:48 DJKS

    Takich ludzi jak Czesiu brakuje teraz w klubie. To ikona Stomilu i te najfajniejsze wspomnienia jakie wyniosłem że stadionu w latach dziewięćdziesiątych są związane z takimi właśnie piłkarzami jak Czesiu Żukowski!

  2. 23.10.20 13:05 THE CORE

    Emilozo - Ty też odczytuj privy :)

  3. 23.10.20 13:00 THE CORE

    Żukowski, mocny punkt w 2 lidze, ale po awansie widać było, że już "niezdanża". :) A mecz z Petrochlewnią, o którym mówił to jest TOP5 wszystkich meczów Stomilu u mnie. :)

  4. 23.10.20 10:44 Emilozo

    @zjs - jak tam moja prośba? :) Sam widzisz ile masz pięknych wspomnień!

  5. 23.10.20 10:06 zjs

    "Panowie, my jesteśmy profesjonaliści!" Pamiętam słowa Żuczka na treningu do kolegów w pewnej spornej sytuacji. A ten gościu za Żuczkiem to kierownik drużyny, mój kolega, Mietek Wysocki?

Redakcja stomil.olsztyn.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie stomil.olsztyn.pl zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, wypowiedzi nie związane z tematem artykułu, "trolling", sformułowania obraźliwe w stosunku do innych czytelników serwisu, osób trzecich, klubów lub instytucji itp., a w skrajnych przypadkach do blokowania możliwości komentowania wiadomości przez poszczególnych użytkowników.

Dodaj swój komentarz

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz. Zaloguj się tutaj.