Mecz w Braniewie w końcu wyglądał tak, jak sobie wyobrażałem. Początek sezonu już za nami. Dotychczas nasza gra nie zachwycała – jak na pretendenta do awansu, w trzech pierwszych spotkaniach (czyli dwóch meczach ligowych z Mazurem Ełk i Tęczą Biskupiec oraz w wojewódzkim Pucharze Polski) prezentowaliśmy się wręcz tragicznie. W końcu jednak w Braniewie zagraliśmy tak, jak na faworyta przystało.
Mecz z Zatoką – z całym szacunkiem dla rywala – musiał zakończyć się właśnie tak. Stomil przyjechał, zrobił swoje i wygrał zdecydowanie, wysoko i bezdyskusyjnie. Zameldował się na fotelu lidera jako jedyna niepokonana drużyna w tym sezonie. Oby ta passa trwała jak najdłużej.
Mamy za sobą cztery mecze (trzy ligowe i jeden pucharowy), więc ten początek rozgrywek możemy uznać za odhaczony. Pod względem dorobku punktowego i obecnej sytuacji w klubie wszystko się zgadza – gdyby odrzucić fakt, że pierwsze trzy spotkania wyglądały tragicznie, cała reszta jest w porządku.
Bilans w lidze to 10 strzelonych goli, 9 punktów i czyste konto z tyłu. To fantastyczne otwarcie. Gdybyśmy zaliczyli taki start rok temu, dziś gralibyśmy już w III lidze.
Jak już wspominałem, poza meczami ligowymi zagraliśmy też w wojewódzkim Pucharze Polski z Orłem Czerwonka. Pierwsza połowa była taka sobie – mimo wielu zmarnowanych okazji prowadziliśmy 2:0. Za to w drugiej części, gdy na boisku pojawił się teoretycznie mocniejszy skład z bardziej doświadczonymi i faworyzowanymi zawodnikami, nasza gra wyglądała fatalnie. Czerwonka postawiła wszystko na jedną kartę i było o krok od sensacji, bo w samej końcówce mogli wyrównać. Byłem wściekły po tym spotkaniu. Dziś jednak, z perspektywy udanego meczu w Braniewie – przed którym obawiałem się powtórki z Czerwonki – można o tamtej męczarni po prostu zapomnieć. Mamy awans, czekamy na kolejnego rywala, a w lidze robimy swoje.
Biorąc pod uwagę nasz start – dla wielu pewnie nadspodziewanie udany – kluczowe jest, by Stomil nie stracił tego rozpędu. Oczywiście przyjdą gorsze mecze, ale je też trzeba przepychać: tak jak z Mazurem czy Tęczą, wygrywając po 1:0, zbierając komplet punktów i zachowując czyste konto. Nawet jeśli nie jesteśmy jeszcze w optymalnej dyspozycji, to zmierzamy po awans. Na ten moment nie widać w lidze rywala na miarę Concordii czy Granicy z zeszłego sezonu. Stomil dysponuje najrówniejszą stawką i gra do bólu skutecznie. Oby tak do końca rozgrywek.
Jeśli chodzi o kadrowy kształt, niezmiennie brakuje mi w układance Jakuba Mosakowskiego. Piotr Łysiak nie jest typowym stoperem – znacznie lepiej czuje się w środku pola i tam dałby drużynie najwięcej. Trzeba mu jednak oddać, że w obronie spisuje się świetnie: kasuje akcje rywali, a zespół w lidze nie traci goli.
Czy potrzebujemy wzmocnień? Kadra na papierze wygląda mocniej niż przed rokiem. Z kłopotów zdrowotnych mamy odnowioną kontuzję Sionkowskiego, pauzującego przez 8 tygodni Klimczaka oraz Fiedorowicza, który do pełnej formy wróci za miesiąc. Przy pełnym zdrowiu kadry dokoptowanie kogoś nowego mija się z celem – każda pozycja ma dublerów, a w obwodzie są też utalentowani gracze wracający z wypożyczeń. Jesienią sprawdzimy ten układ w praktyce, a ewentualne korekty wprowadzimy zimą.
Teraz czas na domowe starcie z DKS-em. Liczę na podtrzymanie dobrej, skutecznej gry. Jeśli wejdziemy w ten mecz z takim samym zaangażowaniem jak w Braniewie, w sobotę dopiszemy kolejne trzy punkty. Tego się trzymajmy.
SPW!
OKS Stomil
on-line

