Za nami mecz, w którym straciliśmy pierwsze punkty w tym sezonie. Nie wiem, czy czuję większe rozżalenie, czy rozczarowanie, ale na pewno nie złość - przecież nie mogliśmy zakładać, że Stomil wygra każde spotkanie w tych rozgrywkach. Gorszy dzień, lepsza dyspozycja rywala czy nietrafiony plan taktyczny - trzeba było się liczyć z tym, że w którymś meczu Stomil nie zdobędzie kompletu punktów.
Trafiło na Concordię, która była chyba najlepiej poukładanym zespołem ze wszystkich, z jakimi Stomil dotąd grał w tym sezonie. Może poza pierwszymi starciami, gdy wygrywaliśmy po 1:0 z Tęczą Biskupiec i Mazurem Ełk – tamte mecze wyglądały nieco inaczej – kolejne pojedynki, aż do 9. kolejki, przebiegały w wykonaniu Stomilu podobnie: pod znakiem dużej presji i dużej intensywności. W tym spotkaniu również to widzieliśmy, jednak nie udało się wykorzystać stworzonych okazji.
Szkoda, że w składzie zabrakło Szymona Masiaka. W sytuacjach, w których znaleźli się Stanisław Hrebeń czy Szymon Królak, Masiak zapewne skierowałby piłkę do siatki. Tak się jednak nie stało. Remis 0:0 wydaje się sprawiedliwym rozstrzygnięciem, tym bardziej że Concordia postawiła trudne warunki i była w gruncie rzeczy bliższa wygranej – szczególnie biorąc pod uwagę kontrowersyjną sytuację z odgwizdanym spalonym przy bramce Eryka Jarzembskiego.
To był typowy mecz "do pierwszej bramki". Doskonale zdawali sobie z tego sprawę zarówno trenerzy jak i zawodnicy obu drużyn. Zespoły nastawiły się przede wszystkim na to, by nie stracić gola – skupiły się na uważnej defensywie, konsekwentnym przesuwaniu formacji oraz kasowaniu ataków przeciwnika, a nie na kreowaniu własnych akcji.
Mimo to obu stronom udało się stworzyć po kilka dogodnych okazji. W drugiej połowie przewagę miała Concordia, ale suma summarum uważam podział punktów za sprawiedliwy wynik. Sytuacja w tabeli i przewaga Stomilu pozostają na tym samym poziomie, co przed 10. kolejką, więc to, co wydarzy się dalej, zależy wyłącznie od Dumy Warmii.
Niestety uraz Szymona Masiaka wymusił korektę w wyjściowej jedenastce i wystąpienie Szymona Królaka od pierwszej minuty. Chłopak ma talent i posiada to coś, o czym w piłce mówi się, że “piłka go szuka”. Dobrze odnajduje się na boisku, potrafi się właściwie ustawić, ma wyczucie gry oraz łatwość dochodzenia do sytuacji strzeleckich. Szwankuje jeszcze wykończenie, ale to powinno przyjść z czasem i doświadczeniem - zbieranym chociażby u boku Masiaka.
Roszady, których trener Kraszewski dokonywał w trakcie meczu, nie przyniosły tym razem takiego efektu jak w poprzednich spotkaniach, w których zmiennicy dawali dodatkowy impuls i potrafili – jak choćby w derbach z Naki – przechylić szalę zwycięstwa na naszą korzyść. Sytuację dodatkowo skomplikował ponowny uraz Marcina Fiedorowicza. Sama reakcja sztabu na wydarzenia boiskowe była w pełni poprawna - próba podtrzymania siły rażenia w ataku poprzez wpuszczenie Shōtō Unno po tym, jak Fiedorowiczowi odnowiła się kontuzja barku, była uzasadniona. Mimo odpowiedniej reakcji, decyzje te nie dały jednak oczekiwanego rezultatu.
Szkoda, że bardzo aktywny i grający świetne spotkanie Stanisław Hrebeń nie postawił kropki nad “i”, co pozwoliłoby nam wygrać choćby 1:0. Na duże słowa uznania zasługuje Michał Leszczyński, który mimo trudnych warunków i słońca świecącego w drugiej połowie prosto w oczy, uratował dla Stomilu ten remis. Biorąc pod uwagę wszystkie czynniki – zarówno te zaplanowane, jak i zupełnie nieprzewidywalne – należy uznać podział punktów za sprawiedliwy i docenić ten rezultat. W przeciwieństwie do zeszłego sezonu, kiedy do awansu zabrakło nam właśnie jednego oczka, ten punkt wywalczony na terenie wicelidera ma naprawdę dużą wagę.
Za nami 10 spotkań Stomilu, czyli dokładnie jedna trzecia sezonu. Jak to ocenić? Drużyna jest dokładnie tam, gdzie być powinna – na pierwszym miejscu. Pięciopunktowa przewaga nad resztą stawki daje doskonałe pole position przed dalszą częścią rozgrywek. Przed sezonem pojawiało się sporo sceptycznych głosów wieszczących, że Stomil będzie grał fatalnie, nie zdoła punktować, a trener Kraszewski rozstanie się z klubem już po siedmiu kolejkach. Nic takiego się jednak nie stało i nic nie zapowiada, aby miało się stać.
Ta pierwsza część sezonu została przepracowana przez Stomil fantastycznie. Chyba nikt nie spodziewał się bilansu dziewięciu zwycięstw i jednego remisu, pokaźnej zaliczki bramkowej oraz tak niewielkiej liczby straconych goli. Na słowa uznania zasługuje solidna obrona, pomysłowo konstruowane akcje zaczepne, a przede wszystkim umiejętność zdominowania przeciwnika – przejęcia inicjatywy, dyktowania warunków w meczach i konsekwentnego punktowania.
W zespole panuje świetna atmosfera. Widać, że zawodnikom naprawdę zależy – chcą wywalczyć awans i mają świadomość, że obecna liga to nie jest odpowiednie miejsce dla tego klubu i całego środowiska. Wszystko znajduje się na najlepszej drodze do tego, aby na koniec rundy wiosennej świętować awans do III ligi.
Biorąc pod uwagę to, jak układa się ten sezon i fakt, że sprawy sportowe idą w dobrym kierunku, działacze już teraz powinni zacząć zastanawiać się nad działaniami wyprzedzającymi i najlepiej już w przerwie zimowej podjąć kroki ku wzmocnieniu składu z myślą o III lidze. Z całym szacunkiem dla zawodników, działaczy i trenerów, wydaje mi się, że obecna kadra jest jednak nieco za słaba na wyższy poziom i wymaga uzupełnień. Z drugiej strony trzeba docenić sposób budowania zespołu – trener Kraszewski dysponuje niemal dwoma równorzędnymi jedenastkami, które przy braku kontuzji mogłyby grać zamiennie z równie dobrym skutkiem. To przekłada się na fakt, że zmiennicy regularnie wnoszą dodatkową jakość i potrafią rozstrzygać losy spotkań.
Ten atut zapewne utrzyma się do końca sezonu. Wydaje mi się jednak, że prezentując dotychczasowy styl i taktykę, w III lidze dopadłby nas przypadek Polonii czy Wikielca i po prostu obrywalibyśmy w papę. Warto więc już teraz zastanawiać się nad planem po awansie, w który – jak sądzę – wszyscy już dzisiaj wierzą. Oczywiście cel trzeba jeszcze wywalczyć na boisku, bo do rozegrania zostało 20 meczów, ale należy działać tak, jakbyśmy ten awans mieli już w kieszeni. Trzeba układać kadrę, myśleć z wyprzedzeniem i przewidywać ruchy, by wejść w kolejny sezon ze znacznie większym spokojem, niż bywało to dotychczas.
Niestety za dobrymi wynikami sportowymi nie zawsze idzie w parze odpowiednia jakość organizacyjna w klubie. Cały czas funkcjonujemy w sposób dość amatorski, czwartoligowy, a w tej materii naprawdę przydałaby się znacząca poprawa. Z drugiej strony rozumiem szukanie oszczędności na wydatkach, które nie są bezwzględnie konieczne. Tym bardziej że wciąż trzeba regulować zaległości z minionych lat, które stale nękają klubowych działaczy – to akurat potrafię zrozumieć.
Słabo jednak wyszło to, że część kibiców odbiła się od zamkniętych bramek. Sam pomysł z organizacją imprezy masowej był dobry, ale w klubie ewidentnie niedoszacowano zainteresowania tym spotkaniem. A większej frekwencji można się było spodziewać: sprzyjała ładna pogoda, Stomil notuje świetne wyniki, a do Olsztyna przyjechał wicelider, więc był to mecz na szczycie. Należało założyć, że chętnych do obejrzenia tego starcia będzie więcej, mimo że pod względem kibicowskim mecz nie zapowiadał się na spektakularne widowisko.
Z jednej strony cała ta sytuacja pozostawia duży niesmak. Biorąc sprawę od początku: w przerwie odbyła się prezentacja akademii – wszystkich drużyn młodzieżowych, chłopięcych i dziewczęcych. To bardzo fajna inicjatywa, że ci młodzi zawodnicy wraz z rodzicami pojawili się na stadionie, ale tym bardziej należało odpowiednio oszacować ogólną liczbę widzów. Z drugiej strony rozumiem kwestie finansowe – zwiększenie limitu na imprezie masowej o 500 miejsc wiąże się z kosztami rzędu 10 tysięcy złotych. Warto mówić o konkretnych liczbach, bo wielu kibiców nie zdaje sobie sprawy, jak kosztowna jest organizacja takiego wydarzenia.
Ostatnio frekwencja na naszych meczach nie zachwycała, ale szkoda, że działacze sugerowali się wyłącznie suchymi statystykami, a nie prognozami na ten konkretny mecz. Być może dało się to jeszcze chociaż trochę skorygować tuż przed samym spotkaniem. Kwas jednak wyszedł, niesmak pozostał i uważam, że ze strony władz klubu była to pewna doza ignorancji.
Staram się jednak patrzeć na to obiektywnie, z obu stron – nie tylko z perspektywy kibica, ale też organizatora. Sam przed laty działałem w tej roli, prowadząc z Emilem i Łukaszem Stomilowców w IV lidze. Oczywiście skala była inna, bo jako rezerwy nie mieliśmy aż takich rygorów organizacyjnych, ale wiem, z czym to się wiąże, i znam tę drugą, mniej wdzięczną stronę medalu. Nie zamierzam usprawiedliwiać działaczy, bo popełnili błąd i złość kibiców jest uzasadniona, ale po części potrafię ich zrozumieć.
Fajnym gestem w stronę fanów było to, że firma Reset Energy zasponsorowała darmową transmisję na klubowym kanale YouTube. Z jednej strony klub zaliczył wpadkę, ale z drugiej zrobił coś, by zniwelować negatywne wrażenie. Dzisiaj na całą sytuację patrzy się też przez pryzmat bezbramkowego remisu, który dla wielu okazał się rozczarowaniem, choć moim zdaniem należy ten punkt szanować. Miejmy nadzieję, że równolegle z postępami na boisku organizacja w klubie również będzie wznosić się na wyższy poziom. Wymaga to czasu i nakładów finansowych, ale wierzę, że uda się to poukładać tak, byśmy po awansie weszli do III ligi z podniesionymi głowami.
Reasumując cały piłkarski tydzień, mecz z Concordią oraz towarzyszące mu wydarzenia – możemy patrzeć na ten sezon z dużym optymizmem. Sytuacja wygląda o niebo lepiej niż w poprzednich rozgrywkach, zwłaszcza pod względem sportowym. Stomil pewnie zmierza po to, co powinien osiągnąć już w zeszłym sezonie. Miejmy nadzieję, że unikniemy po drodze większych rozczarowań. Nie oczekuję, że podopieczni Michała Kraszewskiego wygrają absolutnie wszystko, ale jeśli kolejną „dziesiątkę” spotkań zamkniemy takim samym bilansem – dziewięciu zwycięstw i jednego remisu – i utrzymamy to tempo, przypieczętujemy awans ze sporą zaliczką.
Wszystko wskazuje na to, że nasza przewaga nad resztą stawki będzie się powiększać. Liczę na to, że w rundzie wiosennej starcia z Concordią, Granicą Kętrzyn czy innymi drużynami z czołówki tabeli zakończą się naszymi wygranymi, a zespół utrzyma obecną dyspozycję do końca rozgrywek. Możemy dyskutować o stylu, taktyce czy samej grze, ale na koniec liczy się wyłącznie wykonanie zadania: po 30. kolejce wysokie prowadzenie, pierwsze miejsce i bezpośredni awans. Innej opcji na ten moment po prostu nie widzę.
SPW!
OKS Stomil
on-line


dzisiaj, 10:12 Kot
Ja Kynia znam i ktoś się pod niego podszywa, bo on by tego nie napisał, za długie i brak dokładnego określenia odczuć,. które autorem targają.
dzisiaj, 10:09 Stomilowiec16
Marcin Burza "sponsorując" transmisje, bohatersko rozwiazał problem, który sam stworzył swoją cebulą.