Artykuł

Andrzej Nakielski: Zostałem trenerem na próbę na dwa tygodnie, a zostałem trzy lata

12.05.20 13:54   em   2  

W ramach nowego cyklu "EkstraklasaStomil" rozmawialiśmy z Andrzejem Nakielskim, byłym piłkarzem Stomilu i trenerem OKS 1945. Porozmawialiśmy o ekstraklasowym Stomilu, trenowaniu seniorów, transferach, szkoleniu młodzieży i paru innych interesujących tematach.

Proszę nam przypomnieć, jak zaczęły się pana początki z grą w piłkę. Jest pan wychowankiem Stomilu, ale nie wszyscy mogą pana tak kojarzyć, bo w czasach Ekstraklasy wrócił pan do Olsztyna po występach w Bałtyku Gdynia i Polonii Gdańsk. A w Stomilu zaczynał pan pod okiem śp. Józefa Blanka.
- Jestem klasycznym wychowankiem Stomilu. Na pierwszy trening u trenera Blanka zaprowadził mnie tata, gdy miałem 7 lat, później byli inni trenerzy: Głowacki, Pietruszyński, Kieżun, itd. Całą drabinkę od żaków, przez młodzików, juniora młodszego po juniora starszego przeszedłem i trafiłem do seniorów. W szerokiej kadrze Stomilu byłem do 20. roku życia, nawet zagrałem 1 mecz w III lidze za trenera Budziłka, trenowałem z pierwszym zespołem, ale grałem w drugim. Zdecydowałem się pójść na studia do Gdańska na AWF, a po studiach wróciłem do Olsztyna.

Jak pamięta pan trenera Józefa Blanka?
- To był bardzo porządny człowiek. Prowadził w Stomilu całą machinę szkolenia. Kto przychodził do Stomilu, trafiał do Józefa Blanka. Jestem pewien, że i Adam Zejer, i inni piłkarze mieli z nim styczność. Sam prowadził grupy żaków i młodzików, a lepszych i starszych przekazywał dalej. Wspólnie z trenerem Blankiem prowadziliśmy zespół z rocznika 1986, w którym grali Adrian Mierzejwski, Łukasz Jegliński, Paweł Łukasik, Kamil Ryłka, Sebastian Spychała, Arkadiusz Czarnecki i jeszcze kilku innych. Był to zespół, który zdobył brązowy medal mistrzostw Polski.

Poszedł pan na studia, bo chciał, czy nie mógł się pan przebić w Stomilu?
- Chciałem iść na studia, ale pewnie gdybym tutaj grał i był poważnie traktowany, tobym został. Jestem takim klasycznym przypadkiem wychowanka Stomilu... Powiem tak, gdy Stomil grał w Ekstraklasie, ja naliczyłem trzech, może czterech olsztyniaków: Andrzej Jankowski, Andrzej Jasiński, może Waldemar Ząbecki... i pewnie jeszcze kogoś byśmy znaleźli. Wychowankowie, nie tylko w Stomilu, ale w każdym klubie, gdzie jest większa piłka, są niedoceniani. To chyba już taka polska mentalność, nie tylko w piłce, ale i w firmach - gdy ktoś długo pracuje i jest "swój", to jest niedoceniany. Zawsze mówię piłkarzom, że jeśli chcesz zaistnieć, to pamiętaj, że w tym klubie, w którym się wychowałeś, będzie ci bardzo ciężko. Poszedłem na studia, bo chciałem studiować. Tutaj byłem 26. zawodnikiem w kadrze, a po zmianie środowiska zaczęła się moja poważniejsza przygoda z piłką.

Tam chciał pan łączyć granie w piłkę ze studiami?
- Tak. Na początek trafiłem na jeden trening do Boba Kaczmarka do Lechii Gdańsk, wtedy występującej w II lidze. Trener powiedział mi, że "fajnie, fajnie, ale spróbuj gdzieś indziej". Po latach przyznał mi, że się na mnie nie poznał w tamtym momencie, ale to był tylko jeden trening. Trafiłem więc do Bałtyku Gdynia do II ligi, potem w gdańskiej Polonii też grałem w II lidze. Grałem z wieloma dobrymi zawodnikami jak: Dariusz Zgutczyński, Czesiek Michniewicz, Rafał Ulatowski czy Dariusz Jaskulski. Sporo młodych chłopaków potem zagrało wyżej. W Polonii był zespół półstudencki i tam mogłem się wybić, dzięki czemu trafiłem do Stomilu. Z powrotem wziął mnie trener Kaczmarek, ale nie transfer nie wyszedł z przyczyn organizacyjno-finansowych, więc rok jeszcze zostałem w Gdańsku i wróciłem dopiero za trenera Polaka. Zainteresował się mną trener Kaczmarek pewnie też dlatego, że byłem olsztyniakiem i chciał paru chłopaków stąd w swoim składzie. Parę osób się dziwiło, że wróciłem, bo pamiętali mnie sprzed odejścia i nie wierzyli w moje umiejętności.

Od razu wskoczył pan do składu na mecz z Rakowem Częstochowa.
- Byłem zawodnikiem walczącym, biegającym, takim rzemieślnikiem od czarnej roboty. Chociaż muszę powiedzieć, że w meczu z Górnikiem Zabrze trener Bogusław Oblewski wystawił mnie na środku pomocy, ale to ewidentnie nie była moja pozycja. Graliśmy wtedy systemem z dwoma albo trzema kryjącymi obrońcami i stoperem, ja byłem wtedy jednym z kryjących. Tak samo grał np. Andrzej Biedrzycki, bo na te pozycje dawało się takich zawodników z charakterem. Polegało to na tym, że brałeś napastnika i nie dawałeś mu grać, zabrałeś piłkę i miałeś oddać. Takie proste granie. Miałem trochę szczęścia z tym wejściem do składu, bo zimą za trenera Polaka zagraliśmy kilkanaście sparingów, a ja zagrałem w nich 5 minut. Przed meczem z Rakowem nie spodziewałem się, że nawet usiądę na ławce. Wtedy w połowie marca przed meczem było pełno śniegu i boisko musiało odśnieżać wojsko. Nawet dzień przed meczem na rozruchu nie byłem typowany do składu, tylko gdzieś w głębokiej rezerwie. Okazało się jednak, że boisko przypominało lodowisko, a na mojej pozycji grał Maciej Kasica, wielki chłop, dwa metry wzrostu, który we wszystkich sparingach grał w pierwszym składzie, ale trener Polak zdecydował się mnie wystawić, bo byłem sprawniejszy i zwinniejszy. Jak mnie wystawił, to złapałem byka za rogi i grałem praktycznie wszystko przez dwa lata. Gdyby nie ta pogoda, może w ogóle bym nie zagrał w Ekstraklasie. Zawsze powtarzam moim piłkarzom: trenujcie cierpliwie, każdy szansę dostanie. Pamiętam, że wtedy dobrze zaczęliśmy wiosnę od trzech zwycięstw i remisu, co skutkowało tym, że ja i Jacek Chańko znaleźliśmy się w 11 miesiąca.

To był zresztą najlepszy sezon Stomilu w historii.
- Ten sezon był niezły i następny, kiedy trenerem był Bogusław Oblewski. Za trenera Polaka, który nie doczekał końca rundy, bo został zwolniony, zajęliśmy 6. miejsce. Myślę, że gdyby klub chciał i był przygotowany finansowo, to wtedy była okazja, by walczyć o europejskie puchary. Mieliśmy takie wrażenie, że klub nie chciał grać w Europie, bo były to dla niego zbyt wysokie progi. Wtedy pierwsze skrzypce grali Andrzej Jankowski, Andrzej Biedrzycki, Paweł Charbicki sporo bronił.

Był moment, że zajmowaliście nawet 3. miejsce w tabeli.
- I to nie był przypadek. Naprawdę dobrze graliśmy, może subtelnej wielkiej piłki nie było, ale bardzo skutecznie. Gdyby była dodatkowa motywacja i presja ze strony prezesów prowadzących klub, można by się pokusić o puchary.

Czy wygrany mecz z Widzewem po golu Daniela Dylusia był najlepszym, w jakim pan grał?
- Nie wiem, czy najlepszy, ale trzeba wziąć pod uwagę, że był to wielki Widzew z Markiem Citką i całą otoczką panującej "citkomanii". Może starsi kibice pamiętają, ale z Citką było to samo, co później z Adamem Małyszem. Widzew grał wtedy w Lidze Mistrzów i przyjechał do nas, ale to my mieliśmy w tym meczu przewagę. Paweł Charbicki obronił karnego, Marek Kwiatkowski pilnował Citkę, a ja Jacka Dembińskiego. Pamiętam ten mecz, dość szczęśliwy i dramatyczny, przyszło mnóstwo kibiców, a zwycięstwo dał nam rzut wolny Dylusia. Pamiętam jeszcze, że miałem złamany nos i w przerwie spytałem trenera Oblewskiego, czy mogę grać, a on odpowiedział mi, że mogę. Obok siedział śp. Jacek Płuciennik i krzyknął tylko "O Jezus Maria!", taki miałem krzywy nos. W tamtym czasie poznałem moją obecną żonę i po meczu miałem pierwszą randkę, więc idę na nią z wypiętą piersią, wiadomo, piłkarz, Widzew pokonany, a moja żona w ogóle nie miała pojęcia, jaki Widzew, jakie zwycięstwo, w ogóle się nie interesowała piłką. Jeszcze wieczorem pojechałem do doktora Mariusza Siergieja, by mi nos naprostował.

Jakiś jeszcze mecz oprócz Widzewa najbardziej zapadł panu w pamięci?
Na pewno debiut (w Ekstraklasie - przyp. kot) z Rakowem, bo wygraliśmy, oprócz tego mecz z Lechią/Polonią w Gdańsku, skąd przyszedłem do Stomilu. Mecz z Widzewem był jednak najbardziej spektakularny.

Z kim z tamtej drużyny najmocniej się pan trzymał?
- To był fajny zespół, nie było konfliktów, byliśmy wszyscy bardzo zgrani. To była zmotywowana grupa, bo były takie momenty, że jak ktoś się nie przykładał do pracy albo przesadził w życiu prywatnym, to w składzie byli tacy zawodnicy, którzy go potrafili przystopować. Ze wszystkimi się dobrze trzymałem, ale mogę tu powiedzieć, że takim mentorem dla mnie jako młodego piłkarza był Kazimierz Sidorczuk. Wtedy trzymałem się z Jackiem Chańką, Andrejem Siniczynem czy Pawłem Gadziałą, z którymi mam kontakt do dzisiaj.

Jakim piłkarzem był Andrzej Nakielski?
- Byłem rzemieślnikiem. Wybiegany, twardy, ambitny, waleczny i skuteczny, często grający na wślizgu. Kibice też takich zawodników doceniają, bo oni są potrzebni do czarnej roboty i do biegania. Ci, którzy strzelają bramki, nie istnieliby bez tych od czarnej roboty.

Jak trenowało się zimą w tamtych czasach?
- Teraz już się tak nie trenuje. Zwykle biegaliśmy po górach. Inaczej było tylko za trenera Polaka, kiedy po górach nie biegaliśmy, a sobie spacerowaliśmy. Jeszcze chodził za nami i powtarzał, żeby spokojnie i się nie zmęczyć. Pewnie dlatego wtedy mieliśmy taki świetny początek wiosny, ale potem seryjnie przegrywaliśmy. Z trenerem Kaczmarkiem jeździliśmy głównie do Cetniewa, bo tam najbardziej lubił. Mówi się, że najwięcej biega się w III lidze, mniej w II, a najmniej w Ekstraklasie i faktycznie tak jest. Na wyższym poziomie człowiek się nie męczy tak po meczach, bo jest więcej precyzji i techniki, a im niższa liga, tym więcej się biega. Bardzo lubiłem zimowe przygotowania. Razem z Andrzejem Biedrzyckim najbardziej lubiliśmy bieganie, ale byli tacy piłkarze jak Adam Zejer, którzy przybiegali ostatni, ale on potrafił grać w piłkę.

Kto był najlepszym piłkarzem Stomilu z okresu, w którym pan grał?
- Piłkarsko najbardziej grę ciągnął nam Rafał Kaczmarczyk. Robił nam całą grę i dawał jakość. Mały, niepozorny, dobry chłopak, ale jak go brakowało, to gorzej nam szło.

A przeciwko któremu pan grał? Marek Citko?
Nie. Zdecydowanie wskazałbym Romana Koseckiego. Kilka razy graliśmy przeciw sobie, szczególnie pamiętam mecze na Legii, Kosecki był szybki jak pociąg, a do tego potrafił grać w piłkę. Robił różnicę. Nie zdarzyło mi się, żeby jakiś inny piłkarz taką różnicę robił w grze jak Kosecki.

Później przydarzyła się panu kontuzja, która zakończyła pana przygodę ze Stomilem, więc przeszedł pan do Warmii.
- To była taka kontuzja, że gdyby przydarzyła się teraz, po miesiącu byłbym zdrowy. Miałem też zdrowe podejście i wiedziałem, że nie jestem wielkim piłkarzem, także poszedłem do Warmii, która była w II lidze. Przez tę kontuzję nie mogłem grać. Próbowałem na blokadzie, ale jak schodziłem z boiska w 30. minucie albo w 5. minucie meczu, to dałem sobie spokój. Nie chciałem przeciągać grania i grać coraz niżej. Miałem swoją pasję, chciałem być trenerem, jeszcze jak byłem zawodnikiem Stomilu, prowadziłem zespół juniorów. Po Warmii też miałem propozycje, nawet z Ekstraklasy, ale już dałem sobie spokój. Wiedziałem, że lepszym zawodnikiem już nie będę. Zostanie trenerem było jedną z lepszych moich decyzji zawodowych.

51 spotkań w Ekstraklasie to dużo?
- Dużo. Gdyby ktoś mi w wieku 18 lat powiedział, że zagram 51 meczów, to puknąłbym się w czoło. Tutaj grałem w IV lidze, a po przejściu do Bałtyku w miesiąc przeskoczyłem do II.

Chyba tylko bramki zabrakło w tych meczach.
- To prawda. Gdy były rzuty rożne, ja odpowiadałem za napastników, którzy zostawali do kontry. Raz z GKS-em Katowice mogłem strzelić po rożnym, ale dobrze nie trafiłem w piłkę.

Po paru latach wrócił pan w innej roli. Jak to się stało?
- OKS spadł z III ligi, a ja prowadziłem juniorów starszych, którzy kończyli wiek juniora. Prezes Marian Świniarski chciał wtedy ode mnie tych chłopaków i ja im dałem 16 czy 17 zawodników, Daniel Dyluś ich wtedy prowadził. OKS osiągał słabe wyniki, więc padła propozycja, żebym ja to poprowadził i zostałem trenerem na próbę na dwa tygodnie, a zostałem trzy lata. Chyba tylko Zbigniew Kaczmarek przebił mnie o kilka miesięcy. Miło to wspominam, dużo serca w to włożyłem. Awansowaliśmy z IV ligi do III, potem z III do II. Był to zespół amatorski, słaba była organizacja. Sami sobie organizowaliśmy soki, przychodziło kilku zawodników i obierało marchewki, potem kierownik Ryszard Świderski w sokowirówce robił z tego soki dla chłopaków. Kiedyś z młodymi piłkarzami sprzątaliśmy toalety na stadionie, bo już nie dało się na nie patrzeć. Wprowadziliśmy wtedy Stomil na nową drogę.

Współpracę z OKS-em zakończył pan w rundzie jesiennej w 2008 r. Było już zmęczenie pracą?
- Nie. To nie o to chodzi. Prowadzę też klub Naki dlatego, że ciężko mi było się dogadywać z kimkolwiek, kto był w Stomilu. Jak coś robię, to robię porządnie. Barceloną nie jesteśmy, ale musimy robić wszystko najlepiej, jak potrafimy. To był specyficzny czas wtedy. Gdy weszliśmy do II ligi, w czerwcu prezesem był pan Świniarski, chwilę później pan Jerzy Szmit, a zaraz pan Mieczysław Angielczyk. W ciągu miesiąca było trzech prezesów. My zrobiliśmy awans, trzeba było przeprowadzać transfery, a przez półtora tygodnia nie było nikogo w klubie. Chciałbym zaznaczyć, że to nie ja zostałem zwolniony, tylko sam odszedłem po zwycięskim meczu 2:1 z KSZO Ostrowiec Świętokrzyski. Mieliśmy słaby początek, potem udało się wywalczyć remis z Przebojem Wolbrom, gdy w 10 wyszliśmy z 1:3 na 3:3. Były wtedy różne przepychanki w klubie, transfery były, jakie były, sporo zawodników z podstawowego składu odeszło, a przyszli ci, którzy mieli być tańsi, a de facto dostali więcej od tych, którzy odeszli i którzy chcieli trochę więcej pieniędzy. Było duże zamieszanie. Powiedziałem jednej osobie, że jestem trenerem i dajcie mi spokój do grudnia albo odejdę. Miałem sporą kwotę zapisaną w kontrakcie za zerwanie umowy i to była moja dobra wola, że się dogadałem i odpuściłem duże pieniądze.

Czy Marcin Grabowski jest pana największym wyrzutem sumienia, jeśli chodzi o transfery?
- Nie. Wtedy odeszło paru podstawowych zawodników, m.in. Tomasz Zakierski, Jacek Gabrusewicz czy Jarosław Rzeźnikiewicz, głównie dlatego, że chcieli dostać trochę więcej pieniędzy. Była wtedy decyzja prezesa, że z powodu braku środków nikt nie dostanie podwyżki, więc ci zawodnicy musieli odejść. Ci, którzy przyszli, mieli być tańsi, a de facto dostali więcej pieniędzy niż tamci. Był to okres letni, w klubie zawirowania z prezesami, a ściągaliśmy zawodników na ostatnią chwilę przede wszystkim dlatego, że mieli być tańsi. Gdy się dowiedziałem, jakie dostali gaże, to się nie dziwię pytaniom, skąd trener ich wziął. Marcin Grabowski nie był złym zawodnikiem, choć faktycznie tutaj się nie sprawdził, w ogóle nie odpalił. Przyszedł w ostatniej chwili, wcześniej grał w ŁKS-ie Łomża i w Zniczu Pruszków, gdzie grał wszystkie mecze i dwa razy zrobił awans (przed przyjściem do OKS 1945 grał w Nadnarwiance Pułtusk, a przed nią jeszcze w Koronie Ostrołęka - przyp. kot). Było to łatanie dziur na ostatnią chwilę. Moje nieporozumienie z ludźmi z zarządu wynikało z tego, że ja chciałem wiedzieć, kto ile zarabia, ale nie dlatego, że jestem trenerem i najważniejszą osobą, tylko żeby powiedzieć, że temu nie dajemy, bo zawodnik, który nie będzie grał, nie może zarabiać więcej od tego z podstawowego składu. Jednego zawodnika wtedy ściągnąłem, którego chciałem, i był to Grzegorz Piesio. Jak awansowaliśmy z IV ligi do III, to wtedy przyszli Łukasz Suchocki, Zakier, Łukasz Harmaciński, którzy byli najlepszymi zawodnikami w lidze, zrobiliśmy dobrą kapelę, awansowaliśmy do II i z regionu nie było już kogo ściągać. Popełniłem wtedy błąd, bo powinienem był odpuścić, gdy było trzech prezesów, nie było pieniędzy, nie było z kim rozmawiać, odeszło 40% podstawowego składu. Piesia załatwiłem od Marka Śledzia z Lecha Poznań i na początku sam dawałem mu pieniądze na mieszkanie, bo w klubie nie było z kim o transferze rozmawiać. Klub nie był przygotowany na awans do II ligi wtedy. Chociaż nie był to taki prawdziwy awans, bo była reorganizacja lig.

W pierwszym meczu wygranym ze Świtem 1:0 była sytuacja ze zmianą młodzieżowca. Udało się wtedy.
- Pamiętam, tak! To były sekundy! (śmiech) Było zamieszanie, ale była szybka reakcja. To był pierwszy mecz, wielkie nerwy. To był początek przepisów z młodzieżowcem. Wprowadziłem wtedy do drużyny mnóstwo młodych zawodników, więc wtedy problem z tym nie istniał, a ja nie patrzyłem na to, czy ktoś jest młodzieżowcem. Ale w tamtym meczu akurat taki problem się pojawił, faktycznie. W tej samej minucie od razu zmianę zrobiliśmy, jeden zszedł i drugi wszedł. Gdy zawodnik schodził, wiedziałem, że jest błąd, i od razu dałem drugiego. Drugi raz takiego nie było. Dobry mecz wtedy graliśmy, powinno być 11:0, a skończyło się tylko 1:0 (po kuriozalnej bramce samobójczej Marka Lendziona - przyp. kot).

Jeszcze co do tych transferów. Ściągnął pan także Marcina Łukaszewskiego i Pawła Szypulskiego...
- I jeszcze z Sokoła Ostróda był Marek Śnieżawski. To była ciekawa sytuacja, bo Śnieżawski w IV lidze strzelał bramki. Marcin Łukaszewski przyszedł do III ligi i na treningach nie dawał rady, co sam mi zresztą przyznawał, że nie ma siły tak trenować. To był zawodnik na IV ligę. Paweł Szypulski podobnie, tylko on chyba nie postawił na piłkę, tylko poszedł do pracy. A w III lidze nie można pracować i trenować i to chyba go zgubiło. Niektórzy, gdy przeskakują poziom wyżej, po prostu przestają istnieć, tak czasami jest.

Który z zawodników z pana trenerskich czasów zasłużyłby na największe wyróżnienie i dlaczego?
- Powiem o zawodnikach, których bardzo ceniłem, a nie do końca zaistnieli. Jednym z nich jest Paweł Łukasik. To był naprawdę bardzo dobry zawodnik, mimo że miał braki charakterologiczne czy mentalne. Jestem pełen podziwu, jak radzi sobie Grzegorz Lech, bo gdy byłem trenerem, Grzesiek miał problemy z biodrem. Odpuszczałem mu sparingi na śniegu. To, że gra do tej pory, świadczy tylko o tym, jak dobrze się prowadzi i jakim jest profesjonalistą. Już gdy byłem trenerem, Grzesiek miał takie myśli, żeby zakończyć karierę, jakąś pracę podejmował, itd. Myślę, że swojej szansy nie wykorzystał też Łukasz Jegliński. Chyba nie do końca grał na tych pozycjach, na jakich potrafił najlepiej. Był bardzo pożytecznym zawodnikiem i bardzo go ceniłem. Moim zdaniem jest to ofensywny zawodnik, tam go wystawiałem, dzięki czemu poszedł do Wisły Płock. Potencjał miał dużo większy. Szkoda mi najbardziej Pawła Łukasika - w III lidze to był u mnie zawodnik numer 1. Później grał, ale furory nie zrobił.

Czy trenerami młodzieży powinni zostawać piłkarze, którzy grali w piłkę jedynie na poziomie amatorskim? Czy oni mogą wychowywać dobrych piłkarzy, jeśli sami za dobrze piłki nie kopali?
- Powinno być tak, że najlepsi trenerzy pracują z młodzieżą i dziećmi, tylko że u nas nie ma statusu trenera i trenerami są pasjonaci, którzy za czapkę śliwek albo za parę groszy trenują albo mają syna w drużynie. Obecnie jeśli trener coś potrafi, to więcej zarobi w A klasie niż na pracy z młodzieżą. Dopóki nie będzie statusu trenera, czyli jakiejś normalnej np. nauczycielskiej pensji, to dalej będzie tak samo. W seniorach trener dostaje 19-latka, który jeżeli nie był dobrze trenowany, to już ciężko coś z niego wykrzesać. Nie dzieliłbym jednak na trenerów, którzy grali w piłkę i nie grali, ale muszę powiedzieć, że łatwiej jest być trenerem piłkarzowi, który grał. Taki teoretycznie ma większe szanse, by zostać dobrym trenerem.

Co pana najbardziej drażni w piłce obecnie, a co w czasach, kiedy pan grał?
- Gdy ja grałem, najbardziej ustawianie meczów i sędziowanie. Były takie mecze jak np. we Wronkach, gdy sędzia nam ani razu nie gwizdnął rzutu wolnego. Były takie mecze, że człowiek był skazywany na porażkę, szczególnie na wyjazdach. Jako młody zawodnik czułem, że to nie jest fair. Teraz tego nie ma. W obecnej piłce drażnią mnie transfery zawodników trzeciego sortu, co powoduje, że nie daje się szansy młodym zawodnikom. Bardzo się dziwię, że Polski Związek Piłki Nożnej nie wprowadza przepisów promujących młodych piłkarzy, oczywiście jest PJS, ale to nie jest to. Wprowadzając ten przepis, PZPN zniósł limit dla piłkarzy spoza Unii. U nas jest sporo młodych dobrych piłkarzy, ale trener w Ekstraklasie i A klasie zawsze jest rozliczany z wyników i nie będzie wystawiał młodego piłkarza, który się rozwinie za rok czy dwa, bo wtedy go już w klubie nie będzie. Może sytuacja z wirusem spowoduje, że będzie większy nacisk na młodych piłkarzy, którzy będą tańsi.

Dla mnie wychowankiem klubu jest zawodnik, który podpisuje pierwszy kontrakt z klubem na dobrych warunkach dla klubu, czyli że jest niedrogi. W zamian za to klub daje mu możliwość wypromowania się i odejścia dalej. Dla mnie wychowankiem nie jest zawodnik, który wychował się w Olsztynie, przeszedł szkolenie w innych klubach i on tu wraca i zarabia duże pieniądze; dla mnie on nie ma statusu wychowanka. W obecnej sytuacji mądre kluby będą bardziej stawiały na młodych piłkarzy niż na starych piłkarzy z zagranicy, 10-krotnie droższych.

Dlaczego nikt z Naki nie przechodzi do Stomilu? Nie ma zainteresowania ze strony Stomilu?
- To w ogóle nie do mnie pytanie. Od kiedy nastąpiła ostatnia zmiana, było zainteresowanie Łukaszem Rytlewskim czy Kacprem Zielskim, ale ja mogę tylko dać namiary na zawodników. Obaj dostali widocznie lepsze propozycje, ale to był pierwszy raz od ponad 10 lat, gdy ktoś się zainteresował młodymi piłkarzami. To było miłe i dobrze świadczy, że ktoś potrafi myśleć innymi kategoriami, ale wcześniej pies z kulawą nogą się nie interesował i nikt o to nie dbał. Dla mnie to coś niezrozumiałego, bo taki klub jak Stomil powinien sprawić taką atmosferę między prezesami i trenerami, żeby ci zawodnicy tu szli. Tego nigdy nie było. Zobaczymy, czy i jak to się rozwinie.

Czy piłkarze wyszkoleni w Holandii są lepsi od rówieśników z Polski? Gdyby pan mógł ściągnąć do OKS 1945 trzech zawodników z Holandii i dwóch z Łotwy, brałby ich pan w ciemno?
- Nie. Wiem, że niektórzy dobrze się tu pokazali, ale naprawdę mamy fajnych chłopaków, na których trzeba postawić i dać im szansę, bo na pewno to będą tańsi zawodnicy. Nie, ja na pewno bym nie sięgał. Owszem, można wziąć jednego czy dwóch, ale nie pięciu. Jeden czy dwóch do pierwszego składu, dobrze grających w piłkę - tak. Ale pięciu... Pięciu to trochę za dużo. Są to duże koszty, chyba że grają za darmo i jeszcze klub na nich zarobi, to być może jest taka sytuacja, o której nie wiem. Trzeba szukać wśród swoich, tylko Stomil nie ma takich możliwości, żeby brać swoich młodych, bo ma kilkuletnie zaległości, których się nie odrobi. To trudna sytuacja dla klubu, bo nie ma zdolnego młodego pokolenia. Jest jedynie Jakub Mosakowski, a pozostali są wzięci do szerokiej kadry do trenowania.

Dobrze oceniam działania Stomilu i to jest szansa dla tego klubu, może nie w tym sezonie, ale w następnym. Bo jak nie teraz, to już chyba nigdy. Trzymam kciuki, by wróciła Ekstraklasa do Olsztyna. Przy obecnym zapleczu finansowym w przyszłym roku powinno się pójść na całego po awans, bo wiele klubów będzie miało problemów z zawodnikami.

Zobacz także:

Fortuna

Tagi: Stomil Olsztyn, RetroStomil, Andrzej Nakielski, EkstraklasaStomil


Komentarze

  1. 17.05.20 20:04 tommy1976

    oj trochę nosek się wydłużył. Chłopaki dostali lepsze oferty czy po prostu była chęć otrzymania większej kasy z ekwiwalentu za wyszkolenie? ;-) Olsztyn jest mały, wszyscy się znają...Z jednym się zgodzę, zawodnicy sprowadzeni z zagranicy wcale nie muszą podnieść poziomu drużyny, a na pewną będą drożsi, nawet jeśli chodzi tylko o tzw prowizje. Co do przyszłej sytuacji, to może być zupełnie odwrotnie niż się wydaje tzn zawodnicy z zagranicy w wyniku kryzysu będą szukać klubów w Polsce. Już mówi się o tym że np do Polski chętnie przyjadą zawodnicy z hiszpańskiej Segunda D, ponieważ tam zarabia się mniej niż w Polsce. Mimo kryzysu, jeśli kluby będą dalej wydawać po 75-80 % budżetów na płace, tacy zawodnicy mogą się tu licznie pokazać, ze szkodą dla naszych młodych zawodników

  2. 12.05.20 21:10 DBH

    💪👍

Redakcja stomil.olsztyn.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie stomil.olsztyn.pl zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, wypowiedzi nie związane z tematem artykułu, "trolling", sformułowania obraźliwe w stosunku do innych czytelników serwisu, osób trzecich, klubów lub instytucji itp., a w skrajnych przypadkach do blokowania możliwości komentowania wiadomości przez poszczególnych użytkowników.

Dodaj swój komentarz

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz. Zaloguj się tutaj.


Zostań fanem

...i bądź na bieżąco!