Artykuł

Sylwester Czereszewski na prezentacji Stomilu / fot. Emil Marecki

Sylwester Czereszewski na prezentacji Stomilu / fot. Emil Marecki

Czereszewski: Piłkarz z Holandii jest nie tylko tańszy, ale i piłkarsko lepszy

27.02.20 17:28   em, kot   2  

Sylwester Czereszewski dzięki Waszym głosom został piłkarzem 75-lecia Stomilu Olsztyn. Porozmawialiśmy z dyrektorem sportowym Dumy Warmii o jego karierze zawodniczej i o obecnych wyzwaniach na rynku transferowym.

Gratulujemy zdobycia nagrody w plebiscycie na najlepszego piłkarza 75-lecia Stomilu Olsztyn, o którym decydowali kibice.
- Duży wpływ na ten wybór ma to, że Ekstraklasa była dawno, ale widać, że ludzie pamiętają i - mam nadzieję - tęsknią za nią. Należą się także podziękowania dla trenerów i moich kolegów z drużyny. Dużą rolę odegrał trener Bogusław Kaczmarek, od którego to wszystko się zaczęło i który pokazał zupełnie nową myśl szkoleniową. Z początku nie wierzyliśmy, że możemy awansować piłkarzami z Olsztyna i regionu i że bez większych funduszy przekazywanych na klub w ogóle dało się zrobić awans.

Masz czas poczytać stomil.olsztyn.pl?
- Jest, ale jest dużo ciekawych portali i wybieram ciekawsze, bo za dużo jest tego wszystkiego o piłce. Na pewno już nie mogę czytać o Chinach! (śmiech - red.)

Jak trafiłeś z Klewek do Olsztyna?
- Uważam, że o 7-8 lat za późno, bo dopiero w 1988 r., więc miałem 17 lat, a cały czas byłem zawodnikiem w Klewkach. Teraz, gdyby był taki zawodnik wyróżniający się, trafiłby do Stomilu w wieku 10 lat. Różnie mogła się potoczyć moja kariera, natomiast myślę, że mogła też nieco lepiej.

Pamiętasz swój debiut w Stomilu? Mecz z Lechią w Gdańsku, 0:0, początek 1989 r., wszedłeś w 60. minucie za Piotra Tyszkiewicza, a trzy minuty przed końcem zmienił cię Leszek Roszkiewicz.
- Miałem chyba wtedy słaby dzień, bo to nie był mój najlepszy występ.

A jak wyglądały twoje początki w Stomilu, co zapamiętałeś z tego okresu?
- Przede wszystkim było dużo treningów, dużo zdolnej młodzieży. Jak przyszedłem do Stomilu, od razu trafiłem do trenera Zbigniewa Kieżuna do ligi międzywojewódzkiej, coś jak dzisiejsza CLJ. Był tam wysoki poziom, graliśmy m.in. z Drukarzem i Polonezem Warszawa. Grałem przeciwko Wojtkowi Kowalczykowi, prowadziliśmy 2:0 po moich dwóch golach, ale przegraliśmy 2:3, bo on strzelił trzy. Gra w Stomilu to była dobra przygoda, miałem wzloty i upadki. Byłem przecież wypożyczony na pół roku do Szczytna, gdzie się odrabiało wojsko i tam pograłem w III lidze, tam się ograłem, szkoda tylko spadku z ligi. Po zakończeniu mojej gry w Szczytnie mogło być różnie, bo nic się nie zapowiadało na mój powrót. Do Stomilu przyszedł trener Kaczmarek i mu śp. Józek Łobocki powiedział, że jest jeszcze taki jeden Czereszewski w Szczytnie i można mu się przyjrzeć. Trener Kaczmarek tego samego dnia, co przyjechał, od razu mnie zabrał.

Zastanawiałeś się, co by było, gdyby Bogusław Kaczmarek nie przyjechał? Byłbyś teraz na policyjnej emeryturze?
- Raczej nie. Różne były plany: wyjazd za granicę, dalsza nauka... Nie robiłbym tragedii z tego, gdyby nie wyszło mi w piłce.

W dorosłej piłce zaczynałeś pod koniec lat 80. Trudno było się przebić młodemu chłopakowi w szatni Stomilu? Jak reagowali starsi?
- W obecnych czasach nie ma już tzw. fali. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Uważam, że szacunek do starszych trzeba mieć. Teraz młodzież jest już grzeczniejsza, kiedyś była bardziej krnąbrna. Ja nie stwarzałem problemów, to też ich ze starszymi nie miałem. Nie było jakichś większych spięć,
ale czasami jak któryś starszy był słabszy ode mnie, to często próbowali pokazywać młodszemu jego miejsce w szeregu.

Jak smakował pierwszy sukces w piłce, czyli awans do I ligi, na dodatek z tobą jako królem strzelców ligi?
- W sezonie 93/94 byliśmy już przygotowani i nastawieni na awans. Dobry był już poprzedni sezon, ale ten 93/94 to musiał być nasz sezon. Rok wcześniej też zajęliśmy wysokie miejsce w tabeli, był jakiś zalążek sukcesu, ale stwierdziliśmy, że piłkarsko nie damy rady i nie ma co się napinać. Rok później już awansowaliśmy bez większych problemów razem z Petrochemią Płock, przez chwilę tylko zagrażał nam Radomiak.

Czy pamiętasz mecz z Włókniarzem Pabianice, wygrany 5:0? Czy to był twój najlepszy występ w karierze?
- Pamiętam. Wiadomo, że jak ktoś strzela bramki, to wtedy mówi się, że najlepszy. Byliśmy wtedy w takim gazie, że bramki były kwestią czasu. U siebie atakowaliśmy i każda akcja "śmierdziała" bramką. Strzelaliśmy dużo goli i przy Piłsudskiego wszyscy rywale się nas bali.

Z kim w Stomilu najbardziej się trzymałeś?
- Była duża grupa kolegów, m.in. Jasiu Prucheński, Andrzej Jasiński, Jarek Talik, Paweł Róg. Zawsze było rodzinnie. 

Nie zawsze grałeś na ataku, zdarzały się występy w pomocy, ale także na stoperze, jak przeciwko GKS-owi Bełchatów, gdzie wystawił cię Stanisław Dawidczyński, a miałeś zastąpić Bogusława Oblewskiego.
- Wtedy był problem ze składem, ale zaczynałem grać na stoperze jako młody chłopak, bo wtedy było tak, że w grupach młodzieżowych najlepszy grał na stoperze, ale jak traciliśmy bramkę, szedłem do ataku strzelać. Dobrze, że człowiek był uniwersalny, bo nawet w słabej dyspozycji zawsze gdzieś grałem.

Najbardziej lubiłeś chyba jednak atak?
- Gdyby tak porównać do dzisiejszego grania, to w ustawieniu 4-5-1 widziałbym się w tej piątce. Uważam, że z głębi pola człowiek jest groźniejszy niż z przodu. Miałem wyczucie, kiedy wejść w pole karne, dobrze czytałem grę, przewidywałem i często piłka spadała mi pod nogi. Albo to masz, albo nie. Najbardziej więc odpowiadała mi gra za napastnikiem, a że grałem "dziewiątkę" w Stomilu czy w Legii, to tylko dlatego, że napastnicy mieli problemy ze strzelaniem bramek.

O kim ze starego Stomilu powiedziałbyś, że nie wykorzystał swojego potencjału piłkarskiego?
- Na pewno takim zawodnikiem był śp. Mariusz Wiśniewski, zdecydowanie. Teraz takich zawodników nie ma. Mariusz miał to, co Adaś Zejer miał. Właściwie to dalej ma, wiadomo, tylko z wiekiem już ja i Adam odbiegamy fizycznie od młodych piłkarzy. Mariusz natomiast wyróżniał się dobrym podaniem, przyjęciem piłki, podejmował dobre decyzje na boisku. Dzisiaj takich zawodników nie ma... Ta nasza I liga już bazuje na takim prostym graniu, by jak najmniej piłek stracić, grać zachowawczo, dlatego też liczymy na Holendrów, którzy mają nam pomóc w ofensywie.

Po awansie do I ligi dało się wyczuć tę różnicę między poziomami?
- Niektóre zespoły takie jak Legia były dla nas poza zasięgiem. Była spora różnica, szczególnie na wyjazdach grało się ciężko, ale za to mocni byliśmy u siebie. Byliśmy takim beniaminkiem, w którego nikt nie wierzył i o którym mówiono: "a po co awansowaliście, jak zaraz spadniecie". A potem się okazało, że wcale tak prędko Stomil nie spadł.

Ze Stomilu trafiłeś do reprezentacji.
- Oficjalny debiut miałem w Mielcu w meczu z Azerbejdżanem i miałem kryć rywala indywidualnie, bo to były czasy, że tak się niestety grało. Nieoficjalnie zadebiutowałem wraz z Tomkiem Sokołowskim w Arabii Saudyjskiej.

Ten legendarny mecz z Bułgarią był twoim najlepszym meczem w reprezentacji.
- Tak. Wiadomo, jakie wtedy nam się trafiały grupy ze Szwecją i Anglią, które były poza naszym zasięgiem. Mimo że mieliśmy Koseckiego czy Nowaka, zespoły z Larssonem czy Scholesem i Linekerem były od nas lepsze. Nie byliśmy kadrą z łapanki, bo byli w niej znani zawodnicy tacy jak: Wałdoch, Hajto, Roman Kosecki, Nowak, Koźmiński czy Juskowiak, to jednak rywale byli na nas za mocni.

Jak trafiłeś do Legii Warszawa?
- Szybko. To nie były czasy menedżerów i nie było jak teraz, że są jakieś pogłoski i po jakimś czasie jest decyzja: o, jednak idzie. Był taki moment, że kilka dni przed obozem Stomilu w Zakopanem prezes Sosnowski pyta mnie: "Chcesz jechać do Zakopanego czy do Warszawy?", odpowiedziałem, że wolę do Warszawy. Drużyna pojechała autokarem do Zakopanego, a ja pojechałem się dogadać z Legią. Tego samego dnia wróciłem do Olsztyna, spakowałem się, pojechałem do Warszawy i z Legią polecieliśmy na obóz na Cypr.

Czy w trakcie twojej kariery była szansa na twój powrót do Stomilu?
- Były pewne zapytania, gdy w 2005 r. zakończyłem karierę, ale wolałem to zakończyć w taki sposób, w jaki zakończyłem. Chciałbym wrócić i dałbym radę spokojnie, ale wiadomo, jak to z kibicami bywa, wolałem, żeby mnie zapamiętali tak, jak zakończyłem.

Asystent trenera, właściciel szkółki piłkarskiej, trener młodzieży, dyrektor sportowy - w której roli czujesz się najlepiej?
- Optymalnie jest mi w sztabie szkoleniowym. Powtarzam, że gdyby nie Wojtek Kowalewski, nie wiem, czy przyjąłbym taką rolę. Teraz już tak się rozkręciłem, że sprawia mi to przyjemność. Jest duża odpowiedzialność. Cieszę się, że już się uspokoiło z transferami, bo na początku miałem wiadomości od 100 menedżerów, każdy z nich polecał 10 zawodników, z których wszyscy są super. Jeśli chodzi o polskich zawodników, łatwo było zrobić wywiad środowiskowy i zebrać informacje, trudniej z zagranicznymi, którzy nie chcieli przyjeżdżać na testy, tylko od razu dostawać jakieś wielkie kwoty.

Każda rola jest inna, w sztabie szkoleniowym uczestniczysz w treningach, ale masz też sporą odpowiedzialność. Nie ściągnąłem zawodników bez wiedzy trenera, razem podejmowaliśmy decyzje, wiedzieliśmy obaj, że zespołowi brakuje jakości. Postawiliśmy na młodzież, ale ja wiem, że na młodzieży daleko się nie zajedzie, ale uważamy, że zmieni się co nieco w ofensywie, bo naprawdę już nie było kogo tam wystawić.

Szkolenie młodzieży daje ci satysfakcję? Jak trudno jest uczyć młodych piłkarzy w obecnych warunkach i przy takiej konkurencji?
- Na początku, gdy otworzyłem szkółkę, wróżyłem 6-, 7-latkom karierę, ale się okazało, że powinni się bawić w piłkę do wieku 12 lat. Kiedyś zadzwonił do mnie trener z konkurencyjnej szkółki i powiedział mi, że marzy, by jego 10-latkowie grali tu, tam, w CLJ, ale to jest bełkot, bo dzieci mają się bawić, a na dorosłą piłkę przyjdzie jeszcze czas.

A czy przez natłok obowiązków w Stomilu i w szkółce nie obawiasz się, że coś ci może umknąć?
- Nie ukrywam, że tak. Mam dwóch sponsorów, którzy mi pomagają z boiskami na Jeziornej i w Łęgajnach. Całe życie człowiek też w Stomilu nie będzie, ale na razie jestem 16. miesiąc. Sprawdziłem się w sztabie szkoleniowym, a jako dyrektor to dopiero zobaczymy. Ale jak bym się nie sprawdził, to byłaby niesprawiedliwość, bo wszystko jest tak zrobione, by szło w dobrym kierunku. Cieszę się, że Wojtek Kowalewski jest spoza Olsztyna i spoza układów. Dzisiaj można było zauważyć, że powiedział dwa słowa i ludzie zaczęli klaskać. Jego wybór to strzał w dziesiątkę. Kiedyś było tak, że każdy ciągnął w swoją stronę, ale Wojtek jest przede wszystkim nieuzależniony finansowo i chce coś osiągnąć, bo jest młodym prezesem.

Trzy transfery z Holandii: van Huffel, Carolina i Loshi. Jak oni tu trafili?
- Kiedyś jak napiszę książkę, to większość menedżerów zda te swoje papiery, bo się nie znają na piłce (śmiech - red.). Jest to banalnie proste, bo miałem możliwość, jeżdżąc ze swoją szkółką na turnieje w Niemczech czy Holandii, zobaczyć tych zawodników. Widziałem, jak tam grają 19-, 20-latkowie, a jak grają u nas. W Holandii jak ktoś ma 21 lat i nie jest w najwyższej lidze, to już nie ma szans, bo taki jest wysoki poziom, a okazuje się, że jest to poziom naszego Stomilu, a nawet wyżej. Oni grają w swoich kadrach młodzieżowych w wieku 13, 14, 15 lat, są ukształtowani piłkarsko i mentalnie. Szlaki przetarł, chociaż jeszcze za wcześnie, by tak mówić, Sam van Huffel, który świetnie się spisywał w sparingach, widzimy, jak pracuje na treningach, a na badaniach wyglądał jak z innej planety. Carolina grał w najwyższej lidze 10 meczów, w reprezentacjach młodzieżowych też grał. Obaj są ukształtowani piłkarsko i przede wszystkim są jeszcze młodzi. Jeszcze zanim zostałem dyrektorem sportowym, miałem rozeznanie, ile kosztują polscy piłkarze z III ligi albo II, którzy mają 24-26 lat, do tego prowizja dla menedżera, wysoki kontrakt dla zawodnika i jeszcze pieniądze dla klubu, a to tylko zawodnik III- albo II-ligowy. Piłkarz z Holandii jest nie tylko tańszy, ale i piłkarsko oni są lepsi, od małego trenują. U nas się pootwierało tyle tych szkółek, boisk... boisk akurat nie w Olsztynie, ale uważam, że mimo że jest tak dużo szkółek, jakości piłkarskiej za wiele nie ma.

Czyli w przyszłości można się spodziewać kolejnych transferów z Holandii lub lepszych piłkarsko krajów.
- Nie, chcielibyśmy - tak jak trener Zajączkowski wspomina - dobrze, żeby byli Polacy i najlepiej z Olsztyna, by wytworzyła się taka więź, ale to musi być połączone z jakością.

Dlaczego więc Stomil w ostatnim czasie nie ściągał zawodników z okolicy?
- Kogo na przykład?

Na przykład Krystiana Ogrodowskiego z Warmii Olsztyn, który przeszedł do Płocka.
- A skąd on... Wiadomo, że my całego rynku nie znamy. Jestem dyrektorem dopiero dwa miesiące, sporo dostajemy sygnałów, sporo też jeździmy i oglądamy, ktoś nam coś wysyła, opowiada, ale w dwa miesiące to my tego nie zrobimy, absolutnie.

Po zmianach w klubie minął już jednak rok.
- Oczywiście wolałbym, żeby w klubie byli sami olsztyniacy, ale nie da się tak zrobić. Teraz gdy ruszymy z ligą i zwiększy się budżet, będą mogli przychodzić jeszcze lepsi zawodnicy, więc jeśli są takie plany dalekosiężne o awansie do Ekstraklasy, to będą przychodzić kolejni piłkarze i musimy szukać jakości.

Na testach w klubie byli Łotysze, jak wygląda ich sytuacja, jeszcze trenują ze Stomilem?
- Na testach został jeszcze Nikita Kovaļonoks, typowa "dziewiątka". W meczu sparingowym miał swoje momenty, musi jednak popracować fizycznie. Do końca tygodnia powinno już być wiadomo, czy zostaje, czy nie. Jeśli nic się nie wydarzy, to prawdopodobnie z nami zostanie.

Czyli z Richardem Johnsonem nie podpisujecie kontraktu?
- Nie, nie podpisujemy. Może być taka opcja, że jednak tak, ale wtedy go wypożyczymy. To się wyjaśni w tym tygodniu.

Skąd go wytrzasnęliście?
- Richard przyjechał razem z van Huffelem.

Czyli jest jego kolegą po prostu.
- Nie, nie. Ja powiem tak: są tacy zawodnicy, że nieraz warto zaryzykować i przetrzymać go do czerwca. Oczywiście wiemy, że u nas będzie mu ciężko, ale jest taka propozycja, żeby grał w Huraganie Morąg. Nas to nic nie będzie kosztowało, a on będzie sobie grał. Ja wiem, że wszyscy się śmieją, że ktoś tam powiedział, że on fajnie biega...

To trener powiedział, że szybko biega.
- Ma inne predyspozycje, jest bardzo silny...

Tylko goli nie strzela!
- On nie oddał nawet strzału w bramkę. Do Lakersów go weźmiemy (śmiech - red.). On nas nic nie kosztuje, także można przystopować z żartami. Pogra w III lidze, będzie pod naszą kontrolą. Ale dopiero pod koniec tego tygodnia będziemy pewni. Uważamy, że są większe problemy.

Nie uważasz, że w tej rundzie Stomil może być za mało polski? Będzie można wystawić jedenastkę z przewagą obcokrajowców i jeszcze przez limity na grę piłkarza spoza Unii Europeskiej jeden będzie siedział na ławie.
- Gdyby był letni okres transferowy, mielibyśmy większą możliwość pozyskiwania zawodników, bo wtedy Polakom kończą się kontrakty, a teraz nikt ci nie da zawodnika, bo klub może sobie zażyczyć, ile chce, nawet milion dolarów. Nie będziemy wariować z Holendrami, zresztą oni sami liczą na to, że się wybiją. To jest perspektywiczna młodzież, ale zakładam, że w przyszłości będzie większość Polaków. Jeśli zobaczą, że Stomil robi się profesjonalnym klubem, to będą przychodzić. A u nas zawsze jest taki klub, że przychodzą, żeby się odrodzić i się odradzają.

Czy piłkarze sprowadzeni przez twojego poprzednika Remigiusza Lembowicza rzeczywiście byli tak słabi, że musieliście się ich pozbyć?
- Wszyscy grali w rezerwach i - można tak powiedzieć - wszyscy byli jakby od jednej matki, żaden nie robił różnicy, gdy porównywaliśmy ich do zawodników, których mamy. Ciężko, ciężko... Widzimy, do jakich klubów oni poszli. Ktoś chciał sobie zrobić drugi zespół, były wielkie plany... tylko gdzie oni mieli trenować, jak byli rzucani trochę tu, trochę tam? Fajnie, że o tym rozmawiamy, bo chcemy z rezerw zrobić taki zespół, by najstarszy, który do niego przychodzi, był urodzony w 2002 r. Wolę, żeby młodzi się ogrywali w IV lidze niż w CLJ, bo CLJ to taka juniorska piłka. Piłka seniorska a juniorska to jak niebo i ziemia. Rezerwy są w IV lidze, awans nam nie grozi, spadek też, to uważamy, że jest to idealne miejsce, żeby się rozwijać. W IV lidze są zespoły poukładane technicznie, taktycznie, wybiegane, a nie jak za naszych czasów, gdy była to kopanina.

Taka ma być ścieżka do pierwszego zespołu?
- Myślę, że tak, ale uważam, że tam ma być okrutna selekcja. Jak ktoś ma 22-23 lata i nie nadąża albo nie pokazuje, że może grać u nas, to wchodzą następni. Tak będziemy robić. Wiadomo, że możemy się pomylić z jednym czy dwoma, bo on odpali w wieku 26 lat. No i dobrze, odpaliłeś, ale takich jak on będzie bardzo mało.

O którym zawodniku, który przyszedł w tym okienku transferowym, po jakimś czasie powiesz z dumą, że go tu sprowadziłeś?
- O van Huffelu przede wszystkim. Jego poruszanie się po boisku, współpraca z Kokim na meczu z Wartą, jego zachowanie i samo granie w piłkę robi pozytywne wrażenie. Odważnie gra w piłkę, a u nas niestety jest futbol bardzo zachowawczy, w Ekstraklasie czy w naszej lidze. Marzyłbym o takiej lidze 20-zespołowej, niech spadają dwa, a reszta niech gra w piłkę. A u nas walka o awans do 6. miejsca, 3-4 spadają i każdy o coś ciągle gra. Uważam, że nasz futbol powinien być jak w Hiszpanii: 20 zespołów, trzy spadają, a inni po prostu grają w piłkę, więc ludzie chodzą na mecze oglądać piękne akcje. My musimy jednak tak grać i pod to dobierać zawodników, by liczyć na jakąś kontrę, jakiś rzut wolny, przez co niektóre mecze są zwyczajnie nudne. Przez to się zabija piękno piłki, chciałbym, by w meczach wpadały 3-4 bramki, żeby trener nie bał się postawić na trzech napastników, na dwóch...

A nasz trener będzie się bał grać na dwóch napastników?
- Nam to super wypaliło, ale to będzie zależało od meczu i od wydarzeń na boisku, ale na pewno mamy kim atakować.

Dlaczego ukrywacie tożsamość testowanych zawodników, bo potem to tak śmiesznie wygląda, że my ich rozpoznajemy i wszyscy i tak o nich wiedzą? Jest w tym jakaś logika?
- Jak widzę, to każdy klub pisze "testowany". Nie przywiązuję do tego uwagi. Nawet nie wiedziałem, że podaliście ich personalia, bo mam naprawdę ważniejsze sprawy. Dzisiaj są takie czasy, że każdego się rozszyfrowuje. Śmieję się tylko z tego, że jest "testowany", a wy go później rozszyfrowujecie, dobrzy w to jesteście.

Z zawodnikami z Holandii podpisaliście kontrakty w sobotę, a w piątkowym meczu towarzyskim żaden z nich nie wystąpił.
- Jeszcze nie mogli. Jeszcze jest tyle formalności przed podpisaniem kontraktu, pozwolenia z federacji, itd.

Ale w sparingu chyba mogli zagrać?
- Nie, nie mogli. Mogli na naszą odpowiedzialność, ale my nie chcieliśmy.

Uda się wszystkich zgłosić do pierwszego meczu?
- Myślę, że się uda.

Loshi będzie dobry? Ma szansę wygryźć ze składu Sobczaka?
- Zobaczymy. Przy 11 piłkarzach sprowadzonych przez pana Lembowicza, ja nie mogę się obawiać, że jeden nie wypali, bez przesady! (śmiech - red.)   

Fortuna

Tagi: Stomil Olsztyn, Sylwester Czereszewski


Komentarze

  1. 28.02.20 09:00 Gacek Z

    a co zrobił Pan Dyrektor w temacie dostępności młodych Polaków do gry w piłkę lepiej i taniej od Holendrów? Chyba posiada swoją szkółkę piłkarską?

  2. 28.02.20 08:11 marduck

    Widzę kilka niekonsekwencji który Emil i Kot nie wyłapali, a szkoda bo można by przycisnąć Sylwka, chyba że teraz już tylko lukier i wazelina. Szeroka kadra 1 drużyny to 28 ludzi, to o jakich rezerwach i ich kształtowaniu mówimy skoro bedą tam grali głównie Ci który nie załapali się do "jedynki" lub dogrywają minuty. Jeżeli w rezerwach mają grać chłopacy z 2002 lub młodsi to jedyny transfer który pasuje do układanki to Staszak. Z jednej strony Sylwek bagatelizuje rozgrywki CLJ, a z drugięj jara się Holendrami którzy w wieku 13-15 lat grywali w kadrze (6-7 lat temu), ale później już nie, piłka ich tak zweryfikowała, że nawet nie grają w najwyższej klasie rozgrywkowej, ba nie grali prawie w piłce seniorskiej bo grali w drużynach młodzieżowych!!! Ciekawe czy Sylwek/klub w ogóle orientuje się czy mamy jakiś ciekawych młodych w "dwójce" czy drużynach juniorskich. To zdanie o Ogrodowskim to taka plama jak Kowalewskiego o historii Stomilu, chyba jedyny błąd tego chłopaka polega na tym że nie ma agenta, nikt go nie podsuwa, może nikt się nie dzieli (oby to nie było to). Jeśli wysłuchaliście uważnie wywiadu z Sylwkiem i Zającem w UWM FM, to dowiedzieliśmy się że SvH był wcześniej w Olsztynie, a pozostali dwaj Holendrzy ściągnięci na podstawie opisu skauta/agenta i filmików (słowa trenera), tylko że ostatnio prawie nie grali to te filmiki chyba były z tych kadr. Główna część artykułu o historii - super, Sylwka znam od lat, nawet kilka razy przygiercowaliśmy gdzieś na osiedlu z kumplami, nie da się go nielubić, tylko mam wrażenie że Kowalewski wziął go na tarcze i kryje nim swoje działania, a Czereś chyba tego nie czuje ...

Redakcja stomil.olsztyn.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie stomil.olsztyn.pl zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, wypowiedzi nie związane z tematem artykułu, "trolling", sformułowania obraźliwe w stosunku do innych czytelników serwisu, osób trzecich, klubów lub instytucji itp., a w skrajnych przypadkach do blokowania możliwości komentowania wiadomości przez poszczególnych użytkowników.

Dodaj swój komentarz

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz. Zaloguj się tutaj.


Zostań fanem

...i bądź na bieżąco!